Wczoraj moja żona, po lekturze jednego z blogów stwierdziła, że zakładamy naszej Rozalce teczkę personalną. W sumie pomysł mi się spodobał - Rozalka ma już ponad 2,5 roku, jest jak najbardziej świadoma swoich działań, więc czas najwyższy. Ustaliliśmy, że będzie TW "Elmo". Będziemy tam gromadzić wszelkie kompromitujące informacje: informacje o zrobieniu bądź nie zrobieniu kupy, dokumentację zepsutych zabawek, fotografie, a w przyszłości pewnie oceny, które będzie przynosić itd. Na razie niby nie wiadomo po co, ale kto wie, do czego może to wszystko się przydać.
Po chwili żona się rozkręciła i postanowiła, że mnie chyba też założy teczkę. Oczywiście kryptonimu nie zdradziła. Na początku nieco się wewnętrznie żachnąłem, ale po chwili pomyślałem, że koniec końców patrząc na to, co dzieje się w naszej Polskownicy, pomysł nie jest zupełnie idiotyczny. W końcu jako inteligentni ludzie jakieś standardy musimy zachowywać.
Dla równowagi zatem ja też założę żonie teczkę. Będzie pewnie jakaś TW "Zdziśka". Na tym etapie jeszcze nie wiem, co tam się znajdzie, ale zawsze coś wymyślę. I takim to sposobem, czerpiąc pełnymi garściami z najlepszych standardów naszego kraju, będziemy sobie wieść życie sielskie i spokojne jako rodzina TW. Już się nie mogę doczekać! Będzie super!!!
25 lutego 2016
10 listopada 2012
Moje wybory
Nie mam ostatnio weny na głębsze wywody. Pracy w cholerę, nie ma czasu, by przystanąć, więc czepiam się zazdrośnie kawałków myśli wyczytanych gdzieniegdzie.
Oto jedna z nich - z poematu Roberta Frosta "Droga nie wybrana" (The Road Not Taken):
"Po wielu latach, z twarzą przez zmarszczki zoraną,
Opowiem to z westchnieniem i mglistym morałem:
Zdarzyło mi się niegdyś ujrzeć w lesie rano
Dwie drogi; i pojechałem tą mniej uczęszczaną -
Reszta wzięła się z tego, że to ją wybrałem."
Oto jedna z nich - z poematu Roberta Frosta "Droga nie wybrana" (The Road Not Taken):
"Po wielu latach, z twarzą przez zmarszczki zoraną,
Opowiem to z westchnieniem i mglistym morałem:
Zdarzyło mi się niegdyś ujrzeć w lesie rano
Dwie drogi; i pojechałem tą mniej uczęszczaną -
Reszta wzięła się z tego, że to ją wybrałem."
7 listopada 2012
Głębia myśli
"Nie wie, co chciał powiedzieć i tę niepewność bierze za głębię myśli" - napisał Umberto Eco w swojej najnowszej powieści "Cmentarz w Pradze".
Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że doświadczam tego wszędzie: w kościele (oj, tam bardzo często!), w telewizji, w sejmie, na ulicy itd. W ten paradygmat wpisują się doskonale również "celebryciarze", brylujący w okrągłych, wszystko- i nic-nie-znaczących frazesach. No i nieskażone inteligencją gwiazdeczki jednego serialu, albo - niestety- księża, którzy jak to ostatnio usłyszałem, "jakieś tam studia przecież kończyli, nie..." oni wszyscy próbują uczyć resztę motłochu jak żyć, jak się ubierać, jak wychowywać dzieci, jak znaleźć sobie kobietę/mężczyznę, jak radzić sobie w problemach rodzinnych itd.
Ludziska ich słuchają w kościelnych ławkach, przed telewizorem, bo cóż innego zostaje - przecież nie przestaniemy zupełnie chodzić do kościoła i nie wyrzucimy telewizora przez okno. Choć nieraz przydałoby się i jedno i drugie!!!
A przecież wystarczy pamiętać o prostej prawdzie, że ludzie - My - słuchamy niektórych osób nie dlatego, że mają one coś szczególnie ciekawego do powiedzenia, nie dlatego, że przed nazwiskiem mają "ks.", "bp", "prof.", "red."; nie dlatego, że mogą machnąć przed nosem legitymacją posła, czy akredytacją dziennikarską. Słuchamy niektórych osób, bo czujemy, że w to, co mówią wkładają serce!!!!!
Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że doświadczam tego wszędzie: w kościele (oj, tam bardzo często!), w telewizji, w sejmie, na ulicy itd. W ten paradygmat wpisują się doskonale również "celebryciarze", brylujący w okrągłych, wszystko- i nic-nie-znaczących frazesach. No i nieskażone inteligencją gwiazdeczki jednego serialu, albo - niestety- księża, którzy jak to ostatnio usłyszałem, "jakieś tam studia przecież kończyli, nie..." oni wszyscy próbują uczyć resztę motłochu jak żyć, jak się ubierać, jak wychowywać dzieci, jak znaleźć sobie kobietę/mężczyznę, jak radzić sobie w problemach rodzinnych itd.
Ludziska ich słuchają w kościelnych ławkach, przed telewizorem, bo cóż innego zostaje - przecież nie przestaniemy zupełnie chodzić do kościoła i nie wyrzucimy telewizora przez okno. Choć nieraz przydałoby się i jedno i drugie!!!
A przecież wystarczy pamiętać o prostej prawdzie, że ludzie - My - słuchamy niektórych osób nie dlatego, że mają one coś szczególnie ciekawego do powiedzenia, nie dlatego, że przed nazwiskiem mają "ks.", "bp", "prof.", "red."; nie dlatego, że mogą machnąć przed nosem legitymacją posła, czy akredytacją dziennikarską. Słuchamy niektórych osób, bo czujemy, że w to, co mówią wkładają serce!!!!!
19 stycznia 2012
Pocztówka z podróży: Wałbrzych
Poniedziałek rano. Spałem średnio, więc sen wałęsa się nieznośnie po zakamarkach mózgu.
Wałbrzych. Poczekalnia dworca nieprzyjemnie przypomina TAMTE czasy. Ściany wyłożone brązowym marmurem dawniej były pewnie znakiem luksusu. Dziś jednak brudne i porysowane sprawiają wrażenie wyjętych z filmu Barei. Jedynie połowa świetlówek tkwi na swoich miejscach, a i z tych świeci tylko połowa.
W poczekalni, pod ścianą, przycupnęły potulnie dwie ławki. Nie zbliżam się do nich, bo zajęte zazdrośnie: na jednej studentka męczy laptopa, sprawdzając pewnie po raz dzisięciotysięczny Facebooka; na drugiej jakiś kloszard nieobecnym wzrokiem omiata puste ściany. To z tamtego kierunku dolatuje mnie nieprzyjemny zapaszek. Może i mózgu nie wykręca, ale fiołki to nie są.
Nadjeżdża pociąg. Wsiadam. Przynajmniej ciepło, choć telepie i stuka niemiłosiernie. Patrzę przez okno i zastanawiam się jak to jest: czy to miasto rozsiadło się między górami, czy też raczej góry wyrosły pośrodku miasta. Krajobraz przesuwa się leniwie, a ja łapię sie na tym, że nie potrafię właściwie ocenić tego miejsca, gdyż perspektywę raz po raz zamyka stok góry albo kolejna górnicza hałda. Od czasu do czasu wyłaniają się jednak dachy domów, oświetlone porannym styczniowym słońcem wesoło omiatającym zakamarki szarości. Ta szarość jest tu dominująca. Jakieś dziwne zawieszenie między przeszłością a bliżej nieokreśloną przyszłością.
Pociąg kołysze się mocniej wyrywając mnie z zadumy. Chciałbym tu kiedyś wrócić, ale tak bez pośpiechu, bez znieczulenia podróżą. Chciałbym przejść się ulicami, wciągnąć w nozdrza życie tego miasta, jego zapachy i smrody, otrzeć się o codzienność, być może natknąć się na wałęsające się pod rękę nadzieję i zgorzknienie.
Chciałbym wrócić, bo okno pociągu z natury rzeczy spłaszcza i tak już płaski świat.
Wrócę. Może latem.
Wałbrzych. Poczekalnia dworca nieprzyjemnie przypomina TAMTE czasy. Ściany wyłożone brązowym marmurem dawniej były pewnie znakiem luksusu. Dziś jednak brudne i porysowane sprawiają wrażenie wyjętych z filmu Barei. Jedynie połowa świetlówek tkwi na swoich miejscach, a i z tych świeci tylko połowa.
W poczekalni, pod ścianą, przycupnęły potulnie dwie ławki. Nie zbliżam się do nich, bo zajęte zazdrośnie: na jednej studentka męczy laptopa, sprawdzając pewnie po raz dzisięciotysięczny Facebooka; na drugiej jakiś kloszard nieobecnym wzrokiem omiata puste ściany. To z tamtego kierunku dolatuje mnie nieprzyjemny zapaszek. Może i mózgu nie wykręca, ale fiołki to nie są.
Nadjeżdża pociąg. Wsiadam. Przynajmniej ciepło, choć telepie i stuka niemiłosiernie. Patrzę przez okno i zastanawiam się jak to jest: czy to miasto rozsiadło się między górami, czy też raczej góry wyrosły pośrodku miasta. Krajobraz przesuwa się leniwie, a ja łapię sie na tym, że nie potrafię właściwie ocenić tego miejsca, gdyż perspektywę raz po raz zamyka stok góry albo kolejna górnicza hałda. Od czasu do czasu wyłaniają się jednak dachy domów, oświetlone porannym styczniowym słońcem wesoło omiatającym zakamarki szarości. Ta szarość jest tu dominująca. Jakieś dziwne zawieszenie między przeszłością a bliżej nieokreśloną przyszłością.
Pociąg kołysze się mocniej wyrywając mnie z zadumy. Chciałbym tu kiedyś wrócić, ale tak bez pośpiechu, bez znieczulenia podróżą. Chciałbym przejść się ulicami, wciągnąć w nozdrza życie tego miasta, jego zapachy i smrody, otrzeć się o codzienność, być może natknąć się na wałęsające się pod rękę nadzieję i zgorzknienie.
Chciałbym wrócić, bo okno pociągu z natury rzeczy spłaszcza i tak już płaski świat.
Wrócę. Może latem.
13 stycznia 2012
Wrażenie
"Myślałem już nieraz, że umierając przeklnę Polskę. Dziś wiem, że tego nie zrobię. Lecz gdy po śmierci stanę przed Bogiem, będę go prosił, aby nie przysyłał Polsce wielkich ludzi." (Józef Piłsudski)
Jakoś nie mogę się oprzeć wrażeniu, które - niestety, patrząc na wszystko, co dzieje się wokół - potęguje się coraz bardziej, że jest w tych słowach coś niezwykle prawdziwie-gorzkiego.
Jakoś nie mogę się oprzeć wrażeniu, które - niestety, patrząc na wszystko, co dzieje się wokół - potęguje się coraz bardziej, że jest w tych słowach coś niezwykle prawdziwie-gorzkiego.
5 marca 2011
Jestem kim jestem
Jesteśmy tym, kim jesteśmy z powodu tych, których przyszło nam kochać i dzięki tym, którzy nas kochali. To taki mały cytacik na dziś - i pewnie nie tylko na dziś - z powieści "Zimowe zjawy" Kate Mosse.
Cytat nie tylko na dziś, bo ci, których kochaliśmy i ciągle kochamy, jak i Ci, którzy nas kochali i ciągle kochają, - po prostu te wszystkie nasze dawne i niedawne (i te które jeszcze mają nadejść) spotkania, rozmowy zatrzymane w pamięci, wypite herbaty, kawy, piwa albo coś mocniejszego, to wszystko kształtuje nasze życie w najbardziej nieprzewidywalny sposób. Widzę, że często potrzeba czasu, by zrozumieć i przekonać się, że nawet te wydawałoby się błahe i zwyczajne wydarzenia mają wpływ na to, kim jesteśmy i będziemy.
W życiu spotkałem setki różnych ludzi, twarzy wielu z nich już dziś nie pamiętam, imion tym bardziej, a jednak mam poczucie, że każde z tych spotkań miało jakiś sens. Czasem życie biegło różnymi torami, czasem stawiało mnie, i nadal będzie pewnie stawiać, przed trudnymi wyborami. A jednak niczego nie żałuję. Żadnego wyboru, żadnego dnia. To chyba dobrze, nie?
Wszystko miało jakiś sens i prowadziło mnie do tego, kim jestem dziś. :)
Cytat nie tylko na dziś, bo ci, których kochaliśmy i ciągle kochamy, jak i Ci, którzy nas kochali i ciągle kochają, - po prostu te wszystkie nasze dawne i niedawne (i te które jeszcze mają nadejść) spotkania, rozmowy zatrzymane w pamięci, wypite herbaty, kawy, piwa albo coś mocniejszego, to wszystko kształtuje nasze życie w najbardziej nieprzewidywalny sposób. Widzę, że często potrzeba czasu, by zrozumieć i przekonać się, że nawet te wydawałoby się błahe i zwyczajne wydarzenia mają wpływ na to, kim jesteśmy i będziemy.
W życiu spotkałem setki różnych ludzi, twarzy wielu z nich już dziś nie pamiętam, imion tym bardziej, a jednak mam poczucie, że każde z tych spotkań miało jakiś sens. Czasem życie biegło różnymi torami, czasem stawiało mnie, i nadal będzie pewnie stawiać, przed trudnymi wyborami. A jednak niczego nie żałuję. Żadnego wyboru, żadnego dnia. To chyba dobrze, nie?
Wszystko miało jakiś sens i prowadziło mnie do tego, kim jestem dziś. :)
8 października 2010
Jesień
Od kilku dni jesień się do nas uśmiecha. Przynajmniej tu, w Warszawie. Ale to tylko zmyła. Bo już po weekendzie, jak mówią, znów się na nas rzuci z pazurami.
Czasem sobie myślę, że określenie „złota polska jesień” jest dobrą miną do złej gry. Choć jak już nic nie zostaje, to dobre nastawienie i owe dobre miny mają niebagatelne znaczenie. Rozjaśniają świat.
Jakby jednak nie było, w domu dziś chłodno. Grzejemy gazem, więc jeszcze się opieram przed włączeniem pieca na dobre. No, może tylko trochę podgrzeję, żeby dobre i wartościowe myśli nie pochowały się po kątach i nie zapadły w zimowy sen. :)
Czasem sobie myślę, że określenie „złota polska jesień” jest dobrą miną do złej gry. Choć jak już nic nie zostaje, to dobre nastawienie i owe dobre miny mają niebagatelne znaczenie. Rozjaśniają świat.
Jakby jednak nie było, w domu dziś chłodno. Grzejemy gazem, więc jeszcze się opieram przed włączeniem pieca na dobre. No, może tylko trochę podgrzeję, żeby dobre i wartościowe myśli nie pochowały się po kątach i nie zapadły w zimowy sen. :)
27 lipca 2010
Zatrzymać
Mam tak czasem, że czytając książkę zatrzymuję się nad pewnymi fragmentami na dłużej, choć słowo "dłużej" w żaden sposób nie daje się zdefiniować w kategoriach sekund kapiących miarowo jak krople z sopla. Bo czuję, że właśnie Coś przeczytałem, co wymyka się poza zwykłą rozrywkę i paplaninę, co w jakiś sposób opisuje - albo przynajmniej próbuje - chwilę życia, w której właśnie się znajduję. Albo zupełnie inaczej - opisuje prawdy i prawdziki, których zawsze byłem świadomy, które nawet w jakiś tam sposób wyrażałem, ale nigdy nie ująłem w taki sposób.
Tak i jest tym razem. Skończyłem "Sajgon" Karola Maliszewskiego i pod koniec znów liznąłem jak waniliowego loda tego typu fragment: "My wewnętrzni rozmijamy się z nami zewnętrznymi. Tyle w nas porywów, szlachetnych gestów, tyle mamy do powiedzenia, wyjaśnienia, załatwienia, a gdy przychodzi co do czego, paraliż, suche gardło, kluski w gębie, kilka wyjąkanych frazesów i dziękuję, do widzenia. (...) Taki jestem mądry, wygadany, ale tylko w środku. Taki jestem otwarty na ludzi i świat, łyżkami bym to wszystko jadł, ale tylko w sobie. (...) Żeby ktoś nas nauczył przełożenia z wewnętrznego poziomu na codzienne gesty, żeby ktoś z nami ćwiczył na stronie, jeżeli się oficjlnie nie da, odpowiednie zachowanie, zwykłe reakcje, żeby ktoś pokazał, jak się odpowiada bez wstydu, czerwienienia, zaciskania ust na pytania świata, na wezwania realności."
No i niekoniecznie jestem mądrzejszy, nie jestem od razu Arystotelesem mojego małego świata. Bo nie o to chodzi. Ale o to, by na chwilę zatrzymać przelot słów i zdarzeń, tych między poniedziałkiem a niedzielą i poskładać z fragmentów myśli jakąś konkretniejszą całość.
Czasem się udaje!
Tak i jest tym razem. Skończyłem "Sajgon" Karola Maliszewskiego i pod koniec znów liznąłem jak waniliowego loda tego typu fragment: "My wewnętrzni rozmijamy się z nami zewnętrznymi. Tyle w nas porywów, szlachetnych gestów, tyle mamy do powiedzenia, wyjaśnienia, załatwienia, a gdy przychodzi co do czego, paraliż, suche gardło, kluski w gębie, kilka wyjąkanych frazesów i dziękuję, do widzenia. (...) Taki jestem mądry, wygadany, ale tylko w środku. Taki jestem otwarty na ludzi i świat, łyżkami bym to wszystko jadł, ale tylko w sobie. (...) Żeby ktoś nas nauczył przełożenia z wewnętrznego poziomu na codzienne gesty, żeby ktoś z nami ćwiczył na stronie, jeżeli się oficjlnie nie da, odpowiednie zachowanie, zwykłe reakcje, żeby ktoś pokazał, jak się odpowiada bez wstydu, czerwienienia, zaciskania ust na pytania świata, na wezwania realności."
No i niekoniecznie jestem mądrzejszy, nie jestem od razu Arystotelesem mojego małego świata. Bo nie o to chodzi. Ale o to, by na chwilę zatrzymać przelot słów i zdarzeń, tych między poniedziałkiem a niedzielą i poskładać z fragmentów myśli jakąś konkretniejszą całość.
Czasem się udaje!
24 lipca 2010
Ten, kto przejrzy na oczy
Jeszcze kilka słów o tym naszym polskim grajdołku, który tak mnie ostatnio odpycha.
Karol Maliszewski w niezłej książce "Sajgon" napisał: "Pięć procent społeczeństwa ma jakąś świadomość umowności otaczających nas słów, gestów, zachowań i rytuałów, zaś reszta żyje z dnia na dzień i tej świadomości nie ma, biorąc wymienione falsyfikaty za coś oczywistego i równie naturalnego, jak trawa, powietrze, czy woda. Jeśli poważnie potraktować pewną anegdotę to świat w pięciu procentach składa się z wariatów, a w dziewięćdziesięciu pięciu z niezdiagnozowanych. Ale w tej anegdotce jest jeszcze coś, niepokojąco uwierające ziarenko innej prawdy. Ten, kto przejrzy na oczy, pozbawi się złudzeń co do symulakrów i falsyfikatów, zostaje osądzony jako szaleniec. (...) Nie ma już przyjaciół, a jedyne co mu się proponuje to leczenie, odwyk, różowe tabletki, wygodne szelki w ramach społecznie zagwarantowanego kaftana bezpieczeństwa. Bo przecież musi wrócić na łono. Więc lepiej udawać."
Tekst ten, w jakiś sposób, charakteryzuje wszystkie aspekty rzeczywistości. Politykę, życie społeczne, stosunki w moim Kościele. Nie jestem ani moherem ani liberałem. I zawsze zapala mi się z milion czerwonych świateł, gdy spotykam tych, którzy bezmyślnie dzielą świat na czerń i biel, na tych od Rydzyka i tych z PO, prawdziwych i nieprawdziwych Polaków/patriotów, dobrych chrześcijan (chodzących do kościoła i przyjmujących księdza po kolędzie) i tych niedzielnych, obrońców życia i jego przeciwników. Bo rozum swój mam!
Chyba powoli przeglądam na oczy!
Karol Maliszewski w niezłej książce "Sajgon" napisał: "Pięć procent społeczeństwa ma jakąś świadomość umowności otaczających nas słów, gestów, zachowań i rytuałów, zaś reszta żyje z dnia na dzień i tej świadomości nie ma, biorąc wymienione falsyfikaty za coś oczywistego i równie naturalnego, jak trawa, powietrze, czy woda. Jeśli poważnie potraktować pewną anegdotę to świat w pięciu procentach składa się z wariatów, a w dziewięćdziesięciu pięciu z niezdiagnozowanych. Ale w tej anegdotce jest jeszcze coś, niepokojąco uwierające ziarenko innej prawdy. Ten, kto przejrzy na oczy, pozbawi się złudzeń co do symulakrów i falsyfikatów, zostaje osądzony jako szaleniec. (...) Nie ma już przyjaciół, a jedyne co mu się proponuje to leczenie, odwyk, różowe tabletki, wygodne szelki w ramach społecznie zagwarantowanego kaftana bezpieczeństwa. Bo przecież musi wrócić na łono. Więc lepiej udawać."
Tekst ten, w jakiś sposób, charakteryzuje wszystkie aspekty rzeczywistości. Politykę, życie społeczne, stosunki w moim Kościele. Nie jestem ani moherem ani liberałem. I zawsze zapala mi się z milion czerwonych świateł, gdy spotykam tych, którzy bezmyślnie dzielą świat na czerń i biel, na tych od Rydzyka i tych z PO, prawdziwych i nieprawdziwych Polaków/patriotów, dobrych chrześcijan (chodzących do kościoła i przyjmujących księdza po kolędzie) i tych niedzielnych, obrońców życia i jego przeciwników. Bo rozum swój mam!
Chyba powoli przeglądam na oczy!
23 lipca 2010
Wstyd mi!
Niestety patrzę na to, co od jakiegoś czasu dzieje się w Polsce - na cały ten kabaret niemoralnego idiotyzmu, zwany zwyczajowo wyborami prezydenckimi, na wypruwanie wszelkich możliwych flaków po katastrofie smoleńskiej, na prostackie pyskówki z krzyżem w tle. No i, niestety, coraz bardziej mi wstyd!!!!
Wstyd mi za tych, którzy chcą, by nazywać ich politykami. Za wszystkich Komorowskich, Kaczyńskich (Jarosławów), Palikotów, Macierewiczów, Niesiołowskich, Migalskich, Kurskich, Senyszynów, Brudzińskich, Piterów i innych mądziołów.
Wstyd mi za media, bo w nich pracuję. Najbardziej, gdy widzę, jak rzucają się z wywieszonym językiem i śliną na brodzie (jak psy spotykające sukę z rują) na konferencje prasowe i wzajemne inwektywy niedouczonych prostaków. Mam odruch wymiotny, gdy włączam wszystkie te TVNy, Polsaty i publiczne, które mędlą do nieprzytomności te same dyrdymały: kto, kogo, kiedy, czym i co na to najnowsze sondaże "przygotowane specjalnie na zlecenie naszej stacji."
Wstyd mi za oszołomów z Krakowskiego Przedmieścia, których spotykam za każdym razem, gdy tamtędy przechodzę. Tych, co to całemu światu wmawiają, że Ruscy znów nas mordują (niedługo wyjdzie na to, że Putin zawarł pakt z kosmitami, orkami i entami z Władcy Pierścieni, by wymordować kwiat polskiej inteligencji, a tylko liberalne matoły jeszcze tego nie dostrzegają).
Wstyd mi za prostactwo i banał płynące z odbiorników telewizyjnych i radiowych, z mównic i ambon, gdzie każdy myśli, że poznał ostateczną naturę wszechrzeczy. A niefortunnym słuchaczom wmawia, że centrum wszechgalaktyki znajduje się właśnie w Pipidówie Wielkiej (bądź, odpowiednio, na ulicy Wiejskiej lub kościele pod wezwaniem jaiegoś tam Substancjusza Małego) i tam właśnie miał miejsce Wielki Wybuch (za który, nawiasem mówiąc, z całą pewnością odpowiada PO lub PiS - zależnie od opcji politycznej).
Wstyd mi, że widać coraz jaśniej, iż jako naród nie potrafimy słuchać się nawzajem, nie potrafimy normalnie wyrażać swoich emocji. Widziałem to codziennie w dniach po katastrofie owego samolotu. Widzę i teraz w zezowatym obłędzie chodnika przed pałacem prezydenckim, gdzie mam myśleć tak, jak inni (obojętnie, czy ci od Ruskich, czy od Tuskich) - inaczej kula w łeb, a przedtem wyzwiska od moherów albo Żydów lub liberałów i masonów.
Więc ogólnie wstyd mi coraz bardziej, że jesteśmy takim małym i prostackim narodem. I gdy patrzę na ten nasz polski grajdołek (panów P. lub K. albo kogo tam jeszcze) nie potrafię oprzeć się wrażeniu, które omiata mnie od dluższego już czasu, że nie zasługujemy na nic dobrego. Nawet na Małyszów, Kubiców, drużynę siatkarzy i piłkarzy ręcznych nie zasługujemy. I chyba dobrze by nam zrobiło, gdyby od czasu do czasu jakiś Rusek, czy Niemiec porządnie kopnął nas w dupę (w przeszłości tak było i wielu na dobre wychodziło).
Coraz gorzej ze mną, bo z dnia na dzień wstydzę się coraz bardziej, że jestem Polakiem.
Może mi przejdzie! Oby!
Wstyd mi za tych, którzy chcą, by nazywać ich politykami. Za wszystkich Komorowskich, Kaczyńskich (Jarosławów), Palikotów, Macierewiczów, Niesiołowskich, Migalskich, Kurskich, Senyszynów, Brudzińskich, Piterów i innych mądziołów.
Wstyd mi za media, bo w nich pracuję. Najbardziej, gdy widzę, jak rzucają się z wywieszonym językiem i śliną na brodzie (jak psy spotykające sukę z rują) na konferencje prasowe i wzajemne inwektywy niedouczonych prostaków. Mam odruch wymiotny, gdy włączam wszystkie te TVNy, Polsaty i publiczne, które mędlą do nieprzytomności te same dyrdymały: kto, kogo, kiedy, czym i co na to najnowsze sondaże "przygotowane specjalnie na zlecenie naszej stacji."
Wstyd mi za oszołomów z Krakowskiego Przedmieścia, których spotykam za każdym razem, gdy tamtędy przechodzę. Tych, co to całemu światu wmawiają, że Ruscy znów nas mordują (niedługo wyjdzie na to, że Putin zawarł pakt z kosmitami, orkami i entami z Władcy Pierścieni, by wymordować kwiat polskiej inteligencji, a tylko liberalne matoły jeszcze tego nie dostrzegają).
Wstyd mi za prostactwo i banał płynące z odbiorników telewizyjnych i radiowych, z mównic i ambon, gdzie każdy myśli, że poznał ostateczną naturę wszechrzeczy. A niefortunnym słuchaczom wmawia, że centrum wszechgalaktyki znajduje się właśnie w Pipidówie Wielkiej (bądź, odpowiednio, na ulicy Wiejskiej lub kościele pod wezwaniem jaiegoś tam Substancjusza Małego) i tam właśnie miał miejsce Wielki Wybuch (za który, nawiasem mówiąc, z całą pewnością odpowiada PO lub PiS - zależnie od opcji politycznej).
Wstyd mi, że widać coraz jaśniej, iż jako naród nie potrafimy słuchać się nawzajem, nie potrafimy normalnie wyrażać swoich emocji. Widziałem to codziennie w dniach po katastrofie owego samolotu. Widzę i teraz w zezowatym obłędzie chodnika przed pałacem prezydenckim, gdzie mam myśleć tak, jak inni (obojętnie, czy ci od Ruskich, czy od Tuskich) - inaczej kula w łeb, a przedtem wyzwiska od moherów albo Żydów lub liberałów i masonów.
Więc ogólnie wstyd mi coraz bardziej, że jesteśmy takim małym i prostackim narodem. I gdy patrzę na ten nasz polski grajdołek (panów P. lub K. albo kogo tam jeszcze) nie potrafię oprzeć się wrażeniu, które omiata mnie od dluższego już czasu, że nie zasługujemy na nic dobrego. Nawet na Małyszów, Kubiców, drużynę siatkarzy i piłkarzy ręcznych nie zasługujemy. I chyba dobrze by nam zrobiło, gdyby od czasu do czasu jakiś Rusek, czy Niemiec porządnie kopnął nas w dupę (w przeszłości tak było i wielu na dobre wychodziło).
Coraz gorzej ze mną, bo z dnia na dzień wstydzę się coraz bardziej, że jestem Polakiem.
Może mi przejdzie! Oby!
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
