Wyrastające jak grzyby po deszczu blogi, facebooki, twittery, buzzy itp. (których sam jestem użytkownikiem - na razie umiarkowanym, mam nadzieję!) pokazują, że coraz mniej potrafimy sobie radzić z ciszą wokół siebie. Ciszą, kiedy niewiele się dzieje - po prostu żyjemy.
Ciągle coś chcemy komunikować, podsumowywać, relacjonować, wyrażać o czymś opinię, albo po prostu - powiedzmy sobie szczerze - gdaczemy, że właśnie jemy kanapkę z serem; spóźnił się autobus, więc jesteśmy wk...wieni, bo nie zdążymy do kina; wyjęliśmy z lodówki sfermentowany sok; siedzimy w pociągu (i co z tego?); spotkaliśmy na ulicy jakiegoś tam Zdzicha czy Rycha itd.
Sam się na tym łapię, że nieraz wydaje mi się, iż kogoś to może zainteresować. Hm, może i może. Ale zadaję sobie pytanie, czy nie jest przypadkiem tak, że coraz częściej czujemy się zaledwie jednymi z wielu. Bez twarzy, bez przyszłości czy przeszłości - jesteśmy po prostu loginem i numerem IP. I dlatego potrzebujemy o czymś mówić, by zaistnieć, zatrzymać chwilę (bez znaczenia, jak banalna ona będzie), postawić naszą osobistą kropkę nad "i" czasoprzestrzeni, domalować kolejną kreskę do obrazu świata - po prostu zaznaczyć swoją obecność w morzu bitów.
Chcemy coś powiedzieć, ale w normalnym świecie często nikt nas nie słucha. Zatem próbujemy powetować sobie bycie zaledwie częścią statystycznego procenta, numerem NIP potrzebnym fiskusowi, narzędziem do skreślania list wyborczych, jednym z tysiąca parafian siedzących za którąś tam kolumną...
Zupełnie jakbyśmy coraz mniej potrafili po prostu BYĆ!