Od kilku dni jesień się do nas uśmiecha. Przynajmniej tu, w Warszawie. Ale to tylko zmyła. Bo już po weekendzie, jak mówią, znów się na nas rzuci z pazurami.
Czasem sobie myślę, że określenie „złota polska jesień” jest dobrą miną do złej gry. Choć jak już nic nie zostaje, to dobre nastawienie i owe dobre miny mają niebagatelne znaczenie. Rozjaśniają świat.
Jakby jednak nie było, w domu dziś chłodno. Grzejemy gazem, więc jeszcze się opieram przed włączeniem pieca na dobre. No, może tylko trochę podgrzeję, żeby dobre i wartościowe myśli nie pochowały się po kątach i nie zapadły w zimowy sen. :)
8 października 2010
27 lipca 2010
Zatrzymać
Mam tak czasem, że czytając książkę zatrzymuję się nad pewnymi fragmentami na dłużej, choć słowo "dłużej" w żaden sposób nie daje się zdefiniować w kategoriach sekund kapiących miarowo jak krople z sopla. Bo czuję, że właśnie Coś przeczytałem, co wymyka się poza zwykłą rozrywkę i paplaninę, co w jakiś sposób opisuje - albo przynajmniej próbuje - chwilę życia, w której właśnie się znajduję. Albo zupełnie inaczej - opisuje prawdy i prawdziki, których zawsze byłem świadomy, które nawet w jakiś tam sposób wyrażałem, ale nigdy nie ująłem w taki sposób.
Tak i jest tym razem. Skończyłem "Sajgon" Karola Maliszewskiego i pod koniec znów liznąłem jak waniliowego loda tego typu fragment: "My wewnętrzni rozmijamy się z nami zewnętrznymi. Tyle w nas porywów, szlachetnych gestów, tyle mamy do powiedzenia, wyjaśnienia, załatwienia, a gdy przychodzi co do czego, paraliż, suche gardło, kluski w gębie, kilka wyjąkanych frazesów i dziękuję, do widzenia. (...) Taki jestem mądry, wygadany, ale tylko w środku. Taki jestem otwarty na ludzi i świat, łyżkami bym to wszystko jadł, ale tylko w sobie. (...) Żeby ktoś nas nauczył przełożenia z wewnętrznego poziomu na codzienne gesty, żeby ktoś z nami ćwiczył na stronie, jeżeli się oficjlnie nie da, odpowiednie zachowanie, zwykłe reakcje, żeby ktoś pokazał, jak się odpowiada bez wstydu, czerwienienia, zaciskania ust na pytania świata, na wezwania realności."
No i niekoniecznie jestem mądrzejszy, nie jestem od razu Arystotelesem mojego małego świata. Bo nie o to chodzi. Ale o to, by na chwilę zatrzymać przelot słów i zdarzeń, tych między poniedziałkiem a niedzielą i poskładać z fragmentów myśli jakąś konkretniejszą całość.
Czasem się udaje!
Tak i jest tym razem. Skończyłem "Sajgon" Karola Maliszewskiego i pod koniec znów liznąłem jak waniliowego loda tego typu fragment: "My wewnętrzni rozmijamy się z nami zewnętrznymi. Tyle w nas porywów, szlachetnych gestów, tyle mamy do powiedzenia, wyjaśnienia, załatwienia, a gdy przychodzi co do czego, paraliż, suche gardło, kluski w gębie, kilka wyjąkanych frazesów i dziękuję, do widzenia. (...) Taki jestem mądry, wygadany, ale tylko w środku. Taki jestem otwarty na ludzi i świat, łyżkami bym to wszystko jadł, ale tylko w sobie. (...) Żeby ktoś nas nauczył przełożenia z wewnętrznego poziomu na codzienne gesty, żeby ktoś z nami ćwiczył na stronie, jeżeli się oficjlnie nie da, odpowiednie zachowanie, zwykłe reakcje, żeby ktoś pokazał, jak się odpowiada bez wstydu, czerwienienia, zaciskania ust na pytania świata, na wezwania realności."
No i niekoniecznie jestem mądrzejszy, nie jestem od razu Arystotelesem mojego małego świata. Bo nie o to chodzi. Ale o to, by na chwilę zatrzymać przelot słów i zdarzeń, tych między poniedziałkiem a niedzielą i poskładać z fragmentów myśli jakąś konkretniejszą całość.
Czasem się udaje!
24 lipca 2010
Ten, kto przejrzy na oczy
Jeszcze kilka słów o tym naszym polskim grajdołku, który tak mnie ostatnio odpycha.
Karol Maliszewski w niezłej książce "Sajgon" napisał: "Pięć procent społeczeństwa ma jakąś świadomość umowności otaczających nas słów, gestów, zachowań i rytuałów, zaś reszta żyje z dnia na dzień i tej świadomości nie ma, biorąc wymienione falsyfikaty za coś oczywistego i równie naturalnego, jak trawa, powietrze, czy woda. Jeśli poważnie potraktować pewną anegdotę to świat w pięciu procentach składa się z wariatów, a w dziewięćdziesięciu pięciu z niezdiagnozowanych. Ale w tej anegdotce jest jeszcze coś, niepokojąco uwierające ziarenko innej prawdy. Ten, kto przejrzy na oczy, pozbawi się złudzeń co do symulakrów i falsyfikatów, zostaje osądzony jako szaleniec. (...) Nie ma już przyjaciół, a jedyne co mu się proponuje to leczenie, odwyk, różowe tabletki, wygodne szelki w ramach społecznie zagwarantowanego kaftana bezpieczeństwa. Bo przecież musi wrócić na łono. Więc lepiej udawać."
Tekst ten, w jakiś sposób, charakteryzuje wszystkie aspekty rzeczywistości. Politykę, życie społeczne, stosunki w moim Kościele. Nie jestem ani moherem ani liberałem. I zawsze zapala mi się z milion czerwonych świateł, gdy spotykam tych, którzy bezmyślnie dzielą świat na czerń i biel, na tych od Rydzyka i tych z PO, prawdziwych i nieprawdziwych Polaków/patriotów, dobrych chrześcijan (chodzących do kościoła i przyjmujących księdza po kolędzie) i tych niedzielnych, obrońców życia i jego przeciwników. Bo rozum swój mam!
Chyba powoli przeglądam na oczy!
Karol Maliszewski w niezłej książce "Sajgon" napisał: "Pięć procent społeczeństwa ma jakąś świadomość umowności otaczających nas słów, gestów, zachowań i rytuałów, zaś reszta żyje z dnia na dzień i tej świadomości nie ma, biorąc wymienione falsyfikaty za coś oczywistego i równie naturalnego, jak trawa, powietrze, czy woda. Jeśli poważnie potraktować pewną anegdotę to świat w pięciu procentach składa się z wariatów, a w dziewięćdziesięciu pięciu z niezdiagnozowanych. Ale w tej anegdotce jest jeszcze coś, niepokojąco uwierające ziarenko innej prawdy. Ten, kto przejrzy na oczy, pozbawi się złudzeń co do symulakrów i falsyfikatów, zostaje osądzony jako szaleniec. (...) Nie ma już przyjaciół, a jedyne co mu się proponuje to leczenie, odwyk, różowe tabletki, wygodne szelki w ramach społecznie zagwarantowanego kaftana bezpieczeństwa. Bo przecież musi wrócić na łono. Więc lepiej udawać."
Tekst ten, w jakiś sposób, charakteryzuje wszystkie aspekty rzeczywistości. Politykę, życie społeczne, stosunki w moim Kościele. Nie jestem ani moherem ani liberałem. I zawsze zapala mi się z milion czerwonych świateł, gdy spotykam tych, którzy bezmyślnie dzielą świat na czerń i biel, na tych od Rydzyka i tych z PO, prawdziwych i nieprawdziwych Polaków/patriotów, dobrych chrześcijan (chodzących do kościoła i przyjmujących księdza po kolędzie) i tych niedzielnych, obrońców życia i jego przeciwników. Bo rozum swój mam!
Chyba powoli przeglądam na oczy!
23 lipca 2010
Wstyd mi!
Niestety patrzę na to, co od jakiegoś czasu dzieje się w Polsce - na cały ten kabaret niemoralnego idiotyzmu, zwany zwyczajowo wyborami prezydenckimi, na wypruwanie wszelkich możliwych flaków po katastrofie smoleńskiej, na prostackie pyskówki z krzyżem w tle. No i, niestety, coraz bardziej mi wstyd!!!!
Wstyd mi za tych, którzy chcą, by nazywać ich politykami. Za wszystkich Komorowskich, Kaczyńskich (Jarosławów), Palikotów, Macierewiczów, Niesiołowskich, Migalskich, Kurskich, Senyszynów, Brudzińskich, Piterów i innych mądziołów.
Wstyd mi za media, bo w nich pracuję. Najbardziej, gdy widzę, jak rzucają się z wywieszonym językiem i śliną na brodzie (jak psy spotykające sukę z rują) na konferencje prasowe i wzajemne inwektywy niedouczonych prostaków. Mam odruch wymiotny, gdy włączam wszystkie te TVNy, Polsaty i publiczne, które mędlą do nieprzytomności te same dyrdymały: kto, kogo, kiedy, czym i co na to najnowsze sondaże "przygotowane specjalnie na zlecenie naszej stacji."
Wstyd mi za oszołomów z Krakowskiego Przedmieścia, których spotykam za każdym razem, gdy tamtędy przechodzę. Tych, co to całemu światu wmawiają, że Ruscy znów nas mordują (niedługo wyjdzie na to, że Putin zawarł pakt z kosmitami, orkami i entami z Władcy Pierścieni, by wymordować kwiat polskiej inteligencji, a tylko liberalne matoły jeszcze tego nie dostrzegają).
Wstyd mi za prostactwo i banał płynące z odbiorników telewizyjnych i radiowych, z mównic i ambon, gdzie każdy myśli, że poznał ostateczną naturę wszechrzeczy. A niefortunnym słuchaczom wmawia, że centrum wszechgalaktyki znajduje się właśnie w Pipidówie Wielkiej (bądź, odpowiednio, na ulicy Wiejskiej lub kościele pod wezwaniem jaiegoś tam Substancjusza Małego) i tam właśnie miał miejsce Wielki Wybuch (za który, nawiasem mówiąc, z całą pewnością odpowiada PO lub PiS - zależnie od opcji politycznej).
Wstyd mi, że widać coraz jaśniej, iż jako naród nie potrafimy słuchać się nawzajem, nie potrafimy normalnie wyrażać swoich emocji. Widziałem to codziennie w dniach po katastrofie owego samolotu. Widzę i teraz w zezowatym obłędzie chodnika przed pałacem prezydenckim, gdzie mam myśleć tak, jak inni (obojętnie, czy ci od Ruskich, czy od Tuskich) - inaczej kula w łeb, a przedtem wyzwiska od moherów albo Żydów lub liberałów i masonów.
Więc ogólnie wstyd mi coraz bardziej, że jesteśmy takim małym i prostackim narodem. I gdy patrzę na ten nasz polski grajdołek (panów P. lub K. albo kogo tam jeszcze) nie potrafię oprzeć się wrażeniu, które omiata mnie od dluższego już czasu, że nie zasługujemy na nic dobrego. Nawet na Małyszów, Kubiców, drużynę siatkarzy i piłkarzy ręcznych nie zasługujemy. I chyba dobrze by nam zrobiło, gdyby od czasu do czasu jakiś Rusek, czy Niemiec porządnie kopnął nas w dupę (w przeszłości tak było i wielu na dobre wychodziło).
Coraz gorzej ze mną, bo z dnia na dzień wstydzę się coraz bardziej, że jestem Polakiem.
Może mi przejdzie! Oby!
Wstyd mi za tych, którzy chcą, by nazywać ich politykami. Za wszystkich Komorowskich, Kaczyńskich (Jarosławów), Palikotów, Macierewiczów, Niesiołowskich, Migalskich, Kurskich, Senyszynów, Brudzińskich, Piterów i innych mądziołów.
Wstyd mi za media, bo w nich pracuję. Najbardziej, gdy widzę, jak rzucają się z wywieszonym językiem i śliną na brodzie (jak psy spotykające sukę z rują) na konferencje prasowe i wzajemne inwektywy niedouczonych prostaków. Mam odruch wymiotny, gdy włączam wszystkie te TVNy, Polsaty i publiczne, które mędlą do nieprzytomności te same dyrdymały: kto, kogo, kiedy, czym i co na to najnowsze sondaże "przygotowane specjalnie na zlecenie naszej stacji."
Wstyd mi za oszołomów z Krakowskiego Przedmieścia, których spotykam za każdym razem, gdy tamtędy przechodzę. Tych, co to całemu światu wmawiają, że Ruscy znów nas mordują (niedługo wyjdzie na to, że Putin zawarł pakt z kosmitami, orkami i entami z Władcy Pierścieni, by wymordować kwiat polskiej inteligencji, a tylko liberalne matoły jeszcze tego nie dostrzegają).
Wstyd mi za prostactwo i banał płynące z odbiorników telewizyjnych i radiowych, z mównic i ambon, gdzie każdy myśli, że poznał ostateczną naturę wszechrzeczy. A niefortunnym słuchaczom wmawia, że centrum wszechgalaktyki znajduje się właśnie w Pipidówie Wielkiej (bądź, odpowiednio, na ulicy Wiejskiej lub kościele pod wezwaniem jaiegoś tam Substancjusza Małego) i tam właśnie miał miejsce Wielki Wybuch (za który, nawiasem mówiąc, z całą pewnością odpowiada PO lub PiS - zależnie od opcji politycznej).
Wstyd mi, że widać coraz jaśniej, iż jako naród nie potrafimy słuchać się nawzajem, nie potrafimy normalnie wyrażać swoich emocji. Widziałem to codziennie w dniach po katastrofie owego samolotu. Widzę i teraz w zezowatym obłędzie chodnika przed pałacem prezydenckim, gdzie mam myśleć tak, jak inni (obojętnie, czy ci od Ruskich, czy od Tuskich) - inaczej kula w łeb, a przedtem wyzwiska od moherów albo Żydów lub liberałów i masonów.
Więc ogólnie wstyd mi coraz bardziej, że jesteśmy takim małym i prostackim narodem. I gdy patrzę na ten nasz polski grajdołek (panów P. lub K. albo kogo tam jeszcze) nie potrafię oprzeć się wrażeniu, które omiata mnie od dluższego już czasu, że nie zasługujemy na nic dobrego. Nawet na Małyszów, Kubiców, drużynę siatkarzy i piłkarzy ręcznych nie zasługujemy. I chyba dobrze by nam zrobiło, gdyby od czasu do czasu jakiś Rusek, czy Niemiec porządnie kopnął nas w dupę (w przeszłości tak było i wielu na dobre wychodziło).
Coraz gorzej ze mną, bo z dnia na dzień wstydzę się coraz bardziej, że jestem Polakiem.
Może mi przejdzie! Oby!
9 marca 2010
Trochę o ciszy
Wyrastające jak grzyby po deszczu blogi, facebooki, twittery, buzzy itp. (których sam jestem użytkownikiem - na razie umiarkowanym, mam nadzieję!) pokazują, że coraz mniej potrafimy sobie radzić z ciszą wokół siebie. Ciszą, kiedy niewiele się dzieje - po prostu żyjemy.
Ciągle coś chcemy komunikować, podsumowywać, relacjonować, wyrażać o czymś opinię, albo po prostu - powiedzmy sobie szczerze - gdaczemy, że właśnie jemy kanapkę z serem; spóźnił się autobus, więc jesteśmy wk...wieni, bo nie zdążymy do kina; wyjęliśmy z lodówki sfermentowany sok; siedzimy w pociągu (i co z tego?); spotkaliśmy na ulicy jakiegoś tam Zdzicha czy Rycha itd.
Sam się na tym łapię, że nieraz wydaje mi się, iż kogoś to może zainteresować. Hm, może i może. Ale zadaję sobie pytanie, czy nie jest przypadkiem tak, że coraz częściej czujemy się zaledwie jednymi z wielu. Bez twarzy, bez przyszłości czy przeszłości - jesteśmy po prostu loginem i numerem IP. I dlatego potrzebujemy o czymś mówić, by zaistnieć, zatrzymać chwilę (bez znaczenia, jak banalna ona będzie), postawić naszą osobistą kropkę nad "i" czasoprzestrzeni, domalować kolejną kreskę do obrazu świata - po prostu zaznaczyć swoją obecność w morzu bitów.
Chcemy coś powiedzieć, ale w normalnym świecie często nikt nas nie słucha. Zatem próbujemy powetować sobie bycie zaledwie częścią statystycznego procenta, numerem NIP potrzebnym fiskusowi, narzędziem do skreślania list wyborczych, jednym z tysiąca parafian siedzących za którąś tam kolumną...
Zupełnie jakbyśmy coraz mniej potrafili po prostu BYĆ!
Ciągle coś chcemy komunikować, podsumowywać, relacjonować, wyrażać o czymś opinię, albo po prostu - powiedzmy sobie szczerze - gdaczemy, że właśnie jemy kanapkę z serem; spóźnił się autobus, więc jesteśmy wk...wieni, bo nie zdążymy do kina; wyjęliśmy z lodówki sfermentowany sok; siedzimy w pociągu (i co z tego?); spotkaliśmy na ulicy jakiegoś tam Zdzicha czy Rycha itd.
Sam się na tym łapię, że nieraz wydaje mi się, iż kogoś to może zainteresować. Hm, może i może. Ale zadaję sobie pytanie, czy nie jest przypadkiem tak, że coraz częściej czujemy się zaledwie jednymi z wielu. Bez twarzy, bez przyszłości czy przeszłości - jesteśmy po prostu loginem i numerem IP. I dlatego potrzebujemy o czymś mówić, by zaistnieć, zatrzymać chwilę (bez znaczenia, jak banalna ona będzie), postawić naszą osobistą kropkę nad "i" czasoprzestrzeni, domalować kolejną kreskę do obrazu świata - po prostu zaznaczyć swoją obecność w morzu bitów.
Chcemy coś powiedzieć, ale w normalnym świecie często nikt nas nie słucha. Zatem próbujemy powetować sobie bycie zaledwie częścią statystycznego procenta, numerem NIP potrzebnym fiskusowi, narzędziem do skreślania list wyborczych, jednym z tysiąca parafian siedzących za którąś tam kolumną...
Zupełnie jakbyśmy coraz mniej potrafili po prostu BYĆ!
27 lutego 2010
Który to już mój Patrol pójdzie dziś wieczorem w TVP Info? Zaraz zaraz... Robię to od września 2008 roku. Jeden odcinek na tydzień, przerwa od lipca do końca września 2009... W sumie jakieś 50 odcinków z okładem. Zupełnie pokaźna liczba.
Od końca września 2009 roku robię go sam od początku do końca. Wcześniej, przez rok montowałem tylko jeden lub dwa materiały, z których składał się końcowy program.
Od stycznia tego roku Patrol ma 24 min., więc pracy jest co niemiara. Ale nie narzekam! Mam tylko nadzieję, że program nie zniknie z ramówki, bo naszą TV publiczną stać ostatnio - niestety - na wszystko.
Od końca września 2009 roku robię go sam od początku do końca. Wcześniej, przez rok montowałem tylko jeden lub dwa materiały, z których składał się końcowy program.
Od stycznia tego roku Patrol ma 24 min., więc pracy jest co niemiara. Ale nie narzekam! Mam tylko nadzieję, że program nie zniknie z ramówki, bo naszą TV publiczną stać ostatnio - niestety - na wszystko.
20 lutego 2010
Odwilż
Dzień jest tak ponury i przygnębiający, że wydaje się wnikać w mózg przez cebulki włosów. Szarobiały świat na zewnątrz zlewa się z kolorem ścian wagonu. Drzewa, domy, pola - wszystko jest zupełnie szaro-szare.
Mgła, a może niskie chmury zawężają pole widzenia. Nie widać linii podziału między niebem i ziemią, więc wygląda jakby horyzont podchodził na wyciągnięcie ręki. Albo odwrotnie - jakby wcale nie istniał.
Zdechły, mokry śnieg przygniata zeszłoroczne ściernisko.
Odwilż.
Mgła, a może niskie chmury zawężają pole widzenia. Nie widać linii podziału między niebem i ziemią, więc wygląda jakby horyzont podchodził na wyciągnięcie ręki. Albo odwrotnie - jakby wcale nie istniał.
Zdechły, mokry śnieg przygniata zeszłoroczne ściernisko.
Odwilż.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)